poniedziałek, 9 lipca 2012

Lubię ludzi u których sprzątam. Naprawdę. To nic, że mają obłędny bałagan, i że dziś czekała na mnie kuchnia obstawiona naczyniami z weekendu. Spokojnie je wstawiłam do zmywarki, potem posprzątałam stół w jadalni, starłam kurze, odkurzyłam, umyłam łazienkę, przetarłam schody, wyrzuciłam tonę śmieci i wystawiłam kosz. Zrobiło się czysto, a ja zrozumiałam po co tam pracuję. Żeby żyło im się lepiej, a przede wszystkim łatwiej.
Z przyjemnością patrzę na piękną drewnianą podłogę, cudowną niezabudowaną wannę, duży rodzinny stół w jadalni. Na spokój Isabelle, która tak ciepło mówi do dzieci, na kota, który je i śpi gdzie mu wygodnie, na znajdowane długie paragony z Fnack'a pełne tytułów płyt, książek i gazet. Na brak komputera w pokoju dzieci, na lustro tylko w łazience, na dźwięki pianina rozbrzmiewające w domu, zaraz po rzuceniu szkolnej torby. Na posklejane półki w lodówce, sedes bez klapy i imponujące kolekcje filmowe. Lubię ich. Staram się jakoś cichutko ich przeniknąć i poznać. I wiem, że w tym domu są marzenia, duże marzenia...
Christian tydzień temu wyjechał służbowo, miał wrócić w sobotę. I wrócił. Na drzwiach kuchennych wisi kolorowy fartuszek, na kaloryferze nowa rękawica. Ktoś kupił komuś komplet kuchenny? Nie wiem, ale się dowiem, na pewno.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Kurwa, jakie pierdolenie. Czytam to i widzę, że ten szampan ostro uderzał mi do głowy. Same romantyczne kwiatki, różowe różyczki i inne wani...